Nic nie trzeba, wszystko można!

 

Zazwyczaj to nasi bohaterowie dzielą się swoimi wspomnieniami. Tym razem postanowiłem zrobić wyjątek i zabrać Was na ślub z perspektywy fotografa – obserwatora, który przez cały dzień stoi gdzieś obok, ale jednocześnie jest bardzo blisko wszystkiego, co się dzieje.

Może przy okazji uda mi się przemycić kilka spostrzeżeń, które pomogą przyszłym parom podczas planowania własnego dnia.

Do M i G dołączyłem w Urzędzie Stanu Cywilnego w Sopocie. To jedno z tych miejsc, do których zawsze wracam z ogromną przyjemnością. Piękna sala ślubów, miękkie światło wpadające przez wysokie okna, wszechobecne drewno i przestrzeń tworzą wyjątkowy klimat. To miejsce praktycznie samo opowiada historię. To, co wydarzyło się za drzwiami sali ślubów, zostawmy jednak M i G oraz ich najbliższym.

Po ceremonii pogoda postanowiła przypomnieć, jak lubi być nad morzem kapryśna. Wprawdzie zawsze mówimy, że w ofercie mamy ładną pogodę to chwilami padało, chwilami przestawało, ale wiecie co? Zupełnie nikomu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Patrząc na M i G, którzy z uśmiechem i ekscytacją spacerowali ulicami Elektryków w stronę miejsca wesela, miałem wrażenie, że ten lekki deszcz tylko dodał charakteru całemu dniu. To jeden z tych momentów, kiedy uświadamiasz sobie, że pogoda naprawdę ma niewielkie znaczenie, jeśli ludzie są skupieni na sobie.

Wesele odbyło się w przestrzeni Twojej Stoczni. Jeśli kiedykolwiek byliście w tej części Gdańska, doskonale wiecie, że fotograficznych zakamarków tam nie brakuje. Industrialna architektura, cegła, stal, neony, światła i życie toczące się dookoła sprawiają, że miejsce żyje własnym rytmem. To przestrzeń, która sama w sobie jest dekoracją. Lubimy takie miejsca!

Oczywiście piękne kompozycje kwiatowe i dekoracje sali dopełniły całość, ale prawda jest taka, że charakter tego miejsca budował klimat już od pierwszego kroku. Jeżeli znacie Elektryków to wiecie o czym mówię.

I tutaj dochodzę do czegoś, co często powtarzamy przyszłym parom.

Nie bójcie się wybierać miejsc, które są „inne”. Nie każde wesele musi odbywać się w pałacu, dworku czy klasycznej sali weselnej. Jeżeli dane miejsce jest spójne z Wami, z Waszym charakterem i sposobem spędzania czasu, to właśnie ono będzie najlepszym wyborem. Dobrze zaprojektowana przestrzeń często nie potrzebuje wielu dekoracji. Czasem wystarczy kilka przemyślanych dodatków, aby wszystko stworzyło jedną, spójną historię. Zdecydowanie “NIC NIE TRZEBA, WSZYSTKO MOŻNA!”

Najbardziej spodobało mi się jednak tempo tego dnia.

Nie było wrażenia ciągłego zerkania na zegarek. Nie było harmonogramu rozpisanego co do minuty ani atrakcji upchniętych na siłę. Wszystko działo się naturalnie. Goście rozmawiali, spacerowali, śmiali się i korzystali z każdej części wynajętej kondygnacji i nie tylko. Jedni tańczyli, inni siedzieli przy stołach, a jeszcze inni po prostu obserwowali życie toczące się za oknami.

A skoro już o tym mowa…

Tego samego dnia, dosłownie pod oknami sali, koncert grał między innymi Peja.

Brzmi absurdalnie? Trochę tak. Ale właśnie to było w tym wszystkim świetne. Część gości bawiła się na parkiecie, część prowadziła długie rozmowy przy stole, a kilka osób z zaciekawieniem słuchało koncertu z okien. I choć przez chwilę mogło się wydawać, że każdy robi coś innego, tak naprawdę wszyscy spędzali ten czas razem. Bez presji. Bez scenariusza. Po prostu po swojemu.

Często podczas rozmów słyszymy od par: „A co jeśli goście się rozejdą? Co jeśli nie będą cały czas na parkiecie? Może trzeba zapewnić więcej atrakcji albo animatora?”

A ja po raz kolejny przekonałem się, że wcale nie trzeba.

Bardzo lubimy, kiedy planujecie wesele w duchu slow wedding. Takie, podczas którego każdy może przeżyć ten dzień we własnym tempie. Nie ma obowiązku tańczenia przez osiem godzin ani uczestniczenia we wszystkich punktach programu. Ktoś pójdzie na chwilę odetchnąć, ktoś inny usiądzie z dawno niewidzianą rodziną, jeszcze ktoś wyjdzie na spacer czy spojrzy przez okno na koncert odbywający się tuż obok. I to jest w porządku.

Mam wręcz wrażenie, że właśnie wtedy dzieją się najcenniejsze rzeczy. Zamiast zaliczać kolejne atrakcje, można naprawdę pobyć ze sobą. Spędzić z każdym gościem kilka spokojnych minut, porozmawiać, pośmiać się, wypić wspólnie kieliszek wina. Nie dlatego, że wypada, tylko dlatego, że jest na to przestrzeń.

Z perspektywy fotografa takie momenty są bezcenne. To właśnie wtedy powstają najbardziej naturalne zdjęcia, pełne prawdziwych emocji, spojrzeń i gestów, których nie da się zaplanować.

I chyba właśnie dlatego to wesele zapamiętałem tak dobrze. Nie przez spektakularne atrakcje, idealną pogodę czy perfekcyjnie rozpisany harmonogram. Zapamiętałem go dlatego, że wszystko działo się swoim rytmem. Bez pośpiechu. Bez udawania. Po prostu prawdziwie.

- Marcin z nastuniema.

 
 

Brali udział: Miejsce Twoja Stocznia.

 
Next
Next

To właśnie tam chcieliśmy powiedzieć sobie “tak”!